Jeden uśmiech, jedna łza..(czyli wspomnienia nauczycielki wiejskiej)

Wspominając okres mojej pracy zawodowej nasuwają mi się różnorodne myśli. Przeważnie są to wspaniałe lata, które spędziłam z dziećmi. Dostarczały mi one wiele radości każdego dnia.Było tyle niezwykłych sytuacji, że gdybym zechciała je teraz odtworzyć- musiałabym utworzyć oddzielny blog.
Nawet kiedy się zdarzało, że przychodziłam do pracy nieco chora, zmęczona albo smutna -dzieci potrafiły utrzymać mnie w formie, rozbawić mnie,że zapominałam w pracy o bożym świecie! Nadal żyję chyba nieco w innym świecie, niż większość ludzi i ten blog powinien nazywać się: „W innym świecie”.Ale myślę, że jestem całkiem normalna…a może każdy tak myśli, jeśli myśli?
Pamiętam,jak w Polsce upadł komunizm, to do szkół wprowadzono naukę religii i powieszono krzyże na ścianach w każdej sali.Sama wychowywałam się w szkole bez krzyża, a na ścianach wisiały portrety Gomułki i Cyrankiewicza.W średniej szkole wszyscy zapisywali sie do PZPR- jak tylko ukończyli 18 lat.Niektórzy nauczyciele w tym okresie zabraniali nam nosić krzyż nawet na szyi- i to nie tylko na lekcjach wf! Ich celem było kształtowanie w nas odpowiedniego światopoglądu- jako przyszłego nauczyciela, który rzecz jasna będzie miał wpływ na nstępne pokolenie.Cały okres szkolny jako uczennica wspominam  bardzo miło.Krzyż miałam w domu i religijne wychowanie i nawet nie zauważałam, że w szkole go nie ma. Czułam się w szkole potrzebna i ważna. A czy teraz dzieci tak się czują?
W swojej pracy- to było zawsze moim celem.Żeby się dziecko czuło ważne, żeby nie podkreślać swojej roli w stylu „słuchaj pani’. Raczej zawsze starałam się wsłuchiwać w dziecko.Poznając jego potrzeby i możliwości- mogłam dopiero wyznaczyć kierunki działania, które je rozwiną i udoskonalą.
Ale nie o tym chciałam pisać!
Otóż jak wprowadzono religię do szkół, to ksiądz przyszedł uczyć do szkoły.A ja poszłam wraz z grupą przedszkolną do punktu katechetycznego, który mieścił się pod lasem, z dala od szkoły.W budynku nie było telefonu, wody bieżącej ani toalety.(wychodek na zewnątrz).To było ponad 20 lat temu, więc nie miałam też telefonu komórkowego.Ściany budynku zrobione były z jednego pustaka i to niedbale.Widać było „świat” przez dziury między pustakami.Zimą woźna zapalała mi w piecu ogień, w którym ja potem podczas pracy paliłam ,żeby nam było ciepło.Żeby umyć dzieciom ręce, to podgrzewałam wodę w czajniku elektrycznym, a potem „polewałam”ręce dzieci nad miską, bo pani z sanepidu zabroniła, mycia rąk w jednej misce- a więc tworzyłam im- bieżącą wodę.
Za każdym dzieckiem wychodziłam do toalety, bo to był „wychodek” z dziurą w środku i się bałam, żeby tam dziecko nie wpadło! Owszem, o te dzieci, co musiałam je na chwile zostawić w sali bez opieki- też się martwiłam, ale musiałam dokonać wyboru.Przyznaję, że ja w dzieciństwie miałam lepsze warunki, niż te dzieci.
Szkoła się pozbyła zerówki, wszak zawsze była traktowana , jak piąta noga u stołu, a teraz, jak przeszła pod samorządy-to już niech się sama rządzi!
Pani dyrektor nie odwiedziła mnie tam ani jeden raz, natomiast ciągle wzywana byłam do szkoły, na dywanik, czy już wszystko jest urządzone, jak należy?
To była jedna, mała izdebka i maleńki korytarzyk.Urządziłam go sobie przytulnie i jakoś kilka lat przetrwałam.Pomagała mi w tym właśnie pani z gminy i dostałam wtedy więcej pieniędzy na zakup pomocy, niż we wszystkich poprzednich latach pracy w szkole!
Do dzis nie rozumiem, jak rodzice mogli zgodzić się na coś takiego????A ja- dlaczego się na to godziłam???Chyba nie miałam wiele do powiedzenia.A władze oświatowe?
Gdyby któreś dziecko zasłabło? A gdyby mnie się coś stało???Pracowałam tam, będąc w ciąży.
Jak rozmawiam obecnie z byłymi przedszkolakami, to bardzo miło wpominają swoją zerówkę…
Dobrze, że chociaż one przetrwały szczęśliwie i miło wspominają te czasy.Myślę, że zajęcia były ciekawe, dużo spacerów i wycieczek i rodzinna atmosfera.Moje przedszkole zawsze pachniało farbami ,przyciągało muzyką , piosenką i dobrą zabawą.Gromada dzieci zawsze była uśmiechnięta, a gdy dziś jakaś dorosła osoba mówi mi „dzień dobry”- to poznaję ją właśnie po tym uśmiechu.

Wspominając okres mojej pracy zawodowej nasuwają mi się różnorodne myśli.

Przeważnie są to wspaniałe lata, które spędziłam z dziećmi. Dostarczały mi one wiele radości każdego dnia.

Było tyle niezwykłych sytuacji, że gdybym zechciała je teraz odtworzyć- musiałabym utworzyć oddzielny blog. Może tak właśnie zrobię.

Nawet kiedy się zdarzało, że przychodziłam do pracy nieco chora, zmęczona albo smutna -dzieci potrafiły sprawić, że zapominałam  o bożym świecie!

Pamiętam, jak w Polsce upadł komunizm, to do szkół wprowadzono naukę religii i powieszono krzyże na ścianach w każdej sali. Sama wychowywałam się w szkole bez krzyża, a na ścianach wisiały portrety Gomułki i Cyrankiewicza.

W średniej szkole niektórzy zapisywali się do PZPR- jak tylko ukończyli 18 lat.

Cały okres szkolny jako uczennica wspominam  bardzo miło. Krzyż miałam w domu i religijne wychowanie i nawet nie zauważałam, że w szkole go nie ma. Czułam się w szkole potrzebna i ważna.

A czy teraz dzieci tak się czują w szkole? Ale to już jest oddzielne pytanie, na inną okazję.
W mojej pracy- to było zawsze ważnym celem. Żeby się dziecko czuło ważne. Raczej zawsze starałam się wsłuchiwać w dziecko. Poznając jego potrzeby i możliwości- mogłam dopiero wyznaczyć kierunki działania, które je rozwiną i udoskonalą.
Ale nie o tym chciałam pisać!
Otóż jak wprowadzono religię do szkół, to ksiądz przyszedł uczyć do szkoły.

A mnie   z grupą przedszkolną(najmłodsze dzieci, jakie były w szkole, 5-6 latki,) wysłano do punktu katechetycznego, który mieścił się pod lasem, z dala od szkoły.

W budynku nie było telefonu, wody bieżącej ani toalety.(Wychodek na zewnątrz).To było ponad 20 lat temu, więc nie miałam też telefonu komórkowego.

Ściany budynku zrobione były z jednego pustaka i to niedbale. Widać było „świat” przez dziury między pustakami. Zimą woźna zapalała mi w piecu ogień, w którym ja potem podczas pracy paliłam ,żeby nam było ciepło.

Żeby umyć dzieciom ręce, to podgrzewałam wodę w czajniku elektrycznym, a potem „polewałam”ręce dzieci nad miską, bo pani z sanepidu zabroniła mycia rąk w jednej misce- a więc tworzyłam im- bieżącą wodę.

Za każdym dzieckiem wychodziłam do toalety, bo to był „wychodek” z dziurą w środku i się bałam, żeby tam dziecko nie wpadło! Owszem, o te dzieci, co musiałam je na chwile zostawić w sali bez opieki- też się martwiłam, ale musiałam dokonać wyboru.

Przyznaję, że ja w dzieciństwie miałam lepsze warunki, niż te dzieci. Szkoła się pozbyła zerówki, wszak zawsze była traktowana , jak piąta noga u stołu, a teraz, jak przeszła pod samorządy-to już niech się sama rządzi!

Pani dyrektor nie odwiedzała nas tam zbyt często.

To była jedna, mała izdebka i maleńki korytarzyk. Urządziłam go sobie przytulnie i jakoś kilka lat przetrwałam. Pomagała mi w tym właśnie pani z gminy i dostałam wtedy więcej pieniędzy na zakup pomocy, niż we wszystkich poprzednich latach pracy w szkole! Pieniądze na szkołę były zawsze, a na zerówkę- zawsze brakowało!

Do dziś nie rozumiem, jak rodzice mogli zgodzić się na coś takiego??? A ja- dlaczego się na to godziłam??? A władze oświatowe? Dlaczego żadna z moich koleżanek z grona nie zaprotestowała? Gdyby któreś dziecko zasłabło? A gdyby mnie się coś stało? Nasuwa się wiele pytań, nie tylko te, które wymieniłam.

Pracowałam tam, będąc w ciąży.

 

Jak rozmawiam obecnie z byłymi przedszkolakami, to bardzo miło wspominają swoją zerówkę…Dobrze, że chociaż one przetrwały szczęśliwie i miło wspominają te czasy. Myślę, że zajęcia były ciekawe, dużo spacerów i wycieczek i rodzinna atmosfera.

Moje przedszkole zawsze pachniało farbami ,przyciągało muzyką , piosenką i dobrą zabawą. Gromada dzieci zawsze była uśmiechnięta, a gdy dziś jakaś dorosła osoba mówi mi „dzień dobry”- to poznaję ją właśnie po tym uśmiechu.

O Janina Halagarda

Nauczycielka i blogerka Autorka książek dla dzieci: "Koszyczek Mańki", Zimowe całusy", "Malowane fraszki". W pracy twórczej pomaga jej pies "Dżeki".
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wspomnienia i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na Jeden uśmiech, jedna łza..(czyli wspomnienia nauczycielki wiejskiej)

  1. Rozczulające wspomnienie…
    Chętnie poczytałabym więcej. Myślę, że blog o wspomnieniach z pracy w przedszkolu byłby bardzo ciekawy.

  2. ~korek115 pisze:

    Dziękuję, Dorota! Jakoś nie mogłam się przełamać i przyzwyczaić do tego, że to już tylko wspomnienie…
    Dziś myślę o tym tak-musiałam być bardzo odpowiedzialną osobą, skoro zdecydowano, że to właśnie ja tam pójdę.Na dobitkę przypominam sobie, że do tego punktu dochodziłam 3 km pieszo:):):):) Napisałam o tym dlatego, ponieważ widzę, że obecnie powstają przepiękne, nowoczesne przedszkola- i cieszy mnie to, że dzieci i nauczyciele mają coraz lepsze warunki.Rodzice mogą oddać swoją maliznę do przedszkola a potem biegiem do domu(?) i obserwować na Internecie- co to dziecko robi w przedszkolu, czemu teraz ta pani nie podeszła do mojego dziecka? A poza tym to świetna metoda! Bo wszystko widać jak na dłoni…A zaufanie ? No tak, dziś ciężko komukolwiek zaufać- nauczycielowi też????

  3. Może my, dzisiejsi rodzice jesteśmy zbyt przeczuleni. Moje przedszkole to było typowa PRL-owska placówka, przepełniona, bo jestem dzieckiem wyżu. Spało się na takich plecionych leżaczkach, o niezbyt przyjemnym zapachu i dużym stopniu zużycia, jedzenie na pewno nie było idealne z punktu widzenia dzisiejszej dietetyki i gustów większości dzieci, zdarzały się problemy np. z brakiem papieru toaletowego, a dzieci na kolanach bawiły się w zbieranie paproszków z naelektryzowanej wykładziny, była wszawica, zdarzały się kradzieże w szatni, rejonizacja, więc nie można było wybrzydzać, bo wtedy wszyscy jeszcze byli równi ;). Ale jakoś nigdy nie czułam się tam źle, były zabawki, inne dzieci, ciekawe zajęcia, ogromny plac zabaw, a drożdżowych niby-pączków smażonych w przedszkolnej kuchni i mocnej słodzonej herbaty wydawanej na terenie nie zapomnę nigdy. Rodzice nie mogli się rozczulać, bo nie bardzo był wybór, wszystkie przedszkola były podobne, a pracowali wszyscy – rodzice i dziadkowie (szczęściarze, co?), o nianiach nikt nie słyszał. A dziś szukamy, sprawdzamy, porównujemy, oglądamy, potem monitorujemy i wciąż nie jesteśmy zadowoleni, w nas narasta frustracja, a w naszych dzieciach nerwica, bo uczymy je w ten sposób nieufności, łatwości zmian decyzji, szukania dziury w całym, strachu przed socjalizacją…
    Sama czuję się rozdarta między tym, co czasem słychać w mediach i potrzebą kontroli placówki, która będzie wychowywać moje dziecko a zdrowym rozsądkiem i myślą o tym, że już teraz nie wszystko ma być idealnie, bo przecież w życiu tak rzadko będzie, a im ja bardziej będę chroniła dziecko w ten sposób, tym jemu będzie trudniej.

    Dla pani to na pewno był ogromny sprawdzian, ale też wielkie wyróżnienie. Podziwiam, że poradziła sobie pani w takich warunkach, ale kiedyś… Chciałam napisać, że ludzie byli pokorniejsi, zaradniejsi, mniej wygodni? Ale może po prostu byli mądrzejsi.

    Gratuluję wyróżnienia artykułu na blog.pl.

  4. ~W.W. pisze:

    Patrzę na obecne pokolenie – do którego sam należę – i tak myślę, że my byśmy sobie dzisiaj zwyczajnie nie poradzili. Aktualnie, młodzi ludzie mają bardzo roszczeniową postawę do świata i najmniejszą niedogodność potrafią przedstawiać jako najgorsze piekło. A to bułka za mało chrupiąca, a to bateria w telefonie za szybko się rozładowuje, a to za canal+ trzeba płacić… Nie poradzilibyśmy sobie w dawnych realiach, oj nie poradzilibyśmy sobie. Ale to chyba znak czasów.

    • Uważam, że obecnie młodzi ludzie również muszą pokonywać wiele trudności.Myślę,że wielu jest ambitnych, zaradnych, samodzielnych, odpowiedzialnych za innych i siebie. W czasach bezrobocia, kiedy młodzi muszą emigrować,żeby zarobić, – czy to jest łatwe życie? Ale czuję, że są też tacy, o których Ty wspominasz:najmniejszą niedogodność potrafią przedstawić jako najgorsze piekło.Dziękuję za wizytę na moim blogu .

  5. ~tatul pisze:

    Janino, czy mogę poprosić Cię o wypowiedź na temat reformy nauczania początkowego i wysłania 6 latków do szkoły?
    Czytałem dużo krytycznych wypowiedzi jak i pozytywne wypowiedzi członków rządu.
    Poproszono mnie jako byłego nauczyciela o wypowiedź, a ja zupełnie się nie znam na nauczaniu przedszkolnym i wczesnoszkolnym.
    Może zrobisz z tej wypowiedzi kolejnego posta?

  6. ~aguska798 pisze:

    Bardzo lubię czytać takie wspomnienia- lubię też słuchać mojej mamy- też była nauczycielką:) Ja jestem również nauczycielką- ale na umowę zlecenie- i nie nazywam się na umowie nauczyciel- tylko prowadzący zajęcia z języka niemieckiego…. za miesiąc, dwa rozpocznę studia z nauczania wczesnoszkolnego i przedszkolnego- moim marzeniem od nastolatki była praca z dziećmi- i wreszcie wybrałam kierunek, który mi najbardziej odpowiada:) A nie taki, który polecili mi inni… Pozdrawiam:)

    • Witam! Miło słyszeć (a raczej czytać) że podjęłaś się nie łatwej roli w życiu. Życzę wiele radości i satysfakcji .Mnie przydałyby się korepetycje z j. niemieckiego:) Życie płata różne figle, trzeba umieć różne rzeczy…Pozdrawiam.

  7. ola.5042 pisze:

    Teraz to te szkoły już wgl nie maja sensu, np. Gimnazjum które nic a nic nie daje :/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *